poniedziałek, 9 czerwca 2014

Najdłuższy imagin świata XD cz. 7

*Rok później

Harry w brew wcześniejszym obawom jest dobrym ojcem dla wszystkich naszych dzieci. Zbliża się chrzest. Denerwuję się. Ci wszyscy dziennikarze, paparazzi itp. Tylko czekają aż coś pójdzie nie tak, żeby mieć sensację. Ubieraliśmy dzieci w natychmiastowym tempie. Już mieliśmy wychodzić w nadziei, że skoro chrzestni nie przyszli do domu to może się spotkamy w kościele. Nie mogliśmy na nich wszystkich dłużej czekać. Już otwieraliśmy drzwi, kiedy zapukali do nich Lou i (I.t.d.p.). –No nareszcie! Bierzcie Nialla i biegniemy na miejsce, bo się spóźnimy. A tak w ogóle to wiecie gdzie jest reszta? –Oni tylko pokiwali głowami śmiejąc się pod nosem z mojego zdenerwowania. –Nawet przed ślubem się tak nie stresowałaś. –Zaśmiała się (I.t.d.p.). –Przed ślubem nie denerwowałam się wcale bo byłam pewna swojej decyzji, a teraz mam przed oczami tylko jakąś tragedie… -(I.t.d.p.) uścisnęła mnie a Louis zabrał Nialla do samochodu i pojechali już. –No dobra, Harry ty bierz Cande a ja Darcy. Muszę jeszcze zadzwonić do Nialla i Liama. Gdzie oni wszyscy są?! –Wtedy mój telefon zawibrował. To SMS od Liama. „Przepraszamy, ale będziemy na was czekać już na miejscu. Niall też, więc się niczym nie martw, proszę!” Ulżyło mi… Po 15 minutach byliśmy na miejscu. Niall i Barbara (Przez ten czas związała się z Niallem i bardzo ją polubiliśmy.) Zostali chrzestnymi Darcy a Liaś i Sophie Candelarii. Wszystko odbyło się tak jak powinno. Wszyscy mieli rację, że nie powinnam się tak tym denerwować. Muszę powiedzieć Harremu żeby to zapisał w kalendarzu, że jego żona się pomyliła. Po tej całej szopce pojechaliśmy do naszego domu na jakiś obiad. Chciałam przygotować coś po swojemu, ale Harry upierał się żeby przygotować to „Po Polsku”. Najwyraźniej podobało mu się tam, w brew temu, że je nie chciałam tam przebywać ze względu na złe wspomnienia. Więc tradycyjnie był rosołek, schabowe i surówka… Miałam ochotę go ukatrupić! Może i lubiłam te potrawy, ale to nie było to… Wszystkim bardzo smakowało. Cieszyłam się tym mimo wszystko. Oczywiście, kiedy do rosołu była marchewka to dla Lou była całość a reszta musiała się obejść, a patera, w której zanosi się rosół na stół była miską dla Nialla. Dalej się z tego śmiałam, choć było to już rutyną. Śmialiśmy się, wygłupialiśmy aż Louis strzelił, że mają jeszcze prezenty… -Lou, nie musieliście. –Lou tylko zrobił smutną minę, po czym podrapał się po karku. –Bo wiesz…(T.i.) To dla dzieci. Dla ciebie nic nie mamy… -Nie odpowiedziałam. Wzięłam tylko poduszkę z kanapy i rzuciłam w Mystera marchewkę. –Naprawdę postrzegacie mnie jako taką chciwą? –Dalej się śmiałam. –Oczywiście, że nie. No to, co? Kwietniowa gwiazdka? –Dzieci się zaśmiały. Nie wiem czy chodziło o prezenty. Bardziej prawdopodobne było to, że zobaczyły minę Louisa. Ten dzień był taki piękny. Mogłam rozkoszować się widokiem mojej „Idealnej” rodziny. Miałam wspaniałych przyjaciół, których pomimo wzlotów i upadków dobrałam dobrze. Kochane dzieci, które miały specyficznych wujków… I Harrego. Miałam Harrego i to mogłoby mi wystarczać gdyby nie to, że zaczynaliśmy się kłócić coraz częściej. Zwykle były to jakieś głupie rzeczy typu, po której stronie łóżka śpi, które z nas albo, kto w tym tygodniu zawozi dzieci do żłobka… Tym razem było inaczej. Dzieci były u Ann, ponieważ z Harrym chcieliśmy by odzwyczajały się od tego, że zawsze są u nas. Miały być tam kilka dni. Harrego cały dzień nie było w domu. Powiedział, że idzie, z Zaynem, Louisem i Liamem na miasto. Nie wracał bardzo długo a kiedy dzwoniłam głuche sygnały odbijały się o moje uszy. Wpadłam na wydzwanianie do chłopaków. Dzwoniłam najpierw do Lou, później do Liama, do Zayna… Żaden nie odbierał. W końcu wykręciłam numer (I.t.d.p.). Ona w końcu odebrała. –Co się stało? Płaczesz? –Słysząc jej ciepły głos miałam nadzieję, że ona wybije mi z głowy te złe myśli… -Wiesz, bo Harry powiedział mi, że idzie z Lou, Li i Zaynem na miasto, ale bardo długo go już nie ma. Nie odbiera ode mnie telefonu ani on ani żaden z chłopców. Nie wiem, co mam robić. –Kiedy to powiedziałam usłyszałam męski głos z za jej pleców. –Marcheweczko, nie ma już marchewek w lodówce! –Zmieszałam się. Skoro Louis był w domu to znaczy, że Harry mnie okłamał? –Bo widzisz… Louis cały dzień jest w domu. Nie wiem gdzie może być teraz Harry. Przykro mi.
-Jasne. Nic się nie stało. Pa! –Usiadłam pod ścianą i zaczęłam płakać. Wtedy to do mnie ktoś zadzwonił. Zerwałam się na równe nogi z nadzieją, że to Harry. Jednak to był Niall. Nie mogłam się zdecydować czy odebrać. Niall od razu by wyczuł mój smutek i musiałabym mu o tym powiedzieć. Ale postanowiłam jednak odebrać. Gdybym tego nie zrobiła zaczęliby się martwić też o mnie. –Hej, Niall. Co u ciebie? Barbara jest w domu? –Starałam się za wszelką cenę powstrzymać łzy cisnące mi się do oczu. Nie wyszło mi… -Nie ma jej. Ja zaraz po ciebie przyjeżdżam i masz mi od razu opowiedzieć, co się stało! Pa!
OCZAMI NIALLA
Co sił w nogach pobiegłem do samochodu. Po około pięciu minutach byłem już pod domem (T.i.). Otworzyłem drzwi bez zastanowienia i wbiegłem do środka. –Niall, nie musiałeś tu przyjeżdżać… Poradziłabym sobie. –Gdybym nie zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji to poleciałyby mi łzy ze śmiechu… -No właśnie widzę. –Powiedziałem sarkastycznie. –Wstawaj i chodź do samochodu. Na spokojnie u mnie porozmawiamy. –Opierała się, ale w końcu przerzuciłem ją przez ramię i zaniosłem do samochodu. W takiej sytuacji już nie stawiała oporu, wiedziała, że byłby bezcelowy. Przez całą drogę nie zamieniliśmy ani słowa. Siedziała wyprostowana na siedzeniu obok mnie i patrzyła w przestrzeń przed nami. Po kilkunastu minutach dojechaliśmy na miejsce. –Co ci zrobić do picia? –Zapytałem, kiedy już siedzieliśmy w salonie. Uśmiechnęła się lekko. Najbardziej neutralnie jak tylko mogłam. –Czekoladę. Z piankami. Teraz już mogę być gruba… -Zrobiłem to, o co mnie poprosiła. Po czym podałem jej piały kubek z czarnym grubym napisem: „I love Mustache”. –To teraz mów…
TWOIMI OCZAMI
Opowiedziałam Niallowi całą historię… Nie miałam wyjścia. Przez kilka kolejnych dni Harry wychodził w takich samych okolicznościach. Ja tak samo wracałam do Nialla, który mnie pocieszał. Harry wracał bardzo późno i pijany… Nie dało się z nim rozmawiać. Aż w końcu, kiedy już drugi tydzień pod rząd tak wyszedł miałam dosyć. Wzięłam walizkę i zaczęłam się pakować. Napisałam tylko Harremu karteczkę. „Wrócę, jeżeli tego chcesz, ale to, co odstawiasz nie jest na moje nerwy. Dzieci odbiorę od Ann w terminie a ty się otrząśnij…” Zapłakana ruszyłam w stronę domu Nialla z ogromną walizką, która co chwila zahaczała to o jakiś kamień czy patyk leżący na chodniku. Bardzo mnie to denerwowało, ale wiedziałam, że to przez to, iż byłam już wystarczająco wściekła i przybita. Nareszcie dotarłam pod adres Niallera. Weszłam bez najmniejszych zahamowań. Tak jak to zwykle robili chłopcy, kiedy przychodzili do nas. –Niall?! – Nie uzyskałam odpowiedzi…